DARMOWA WYSYŁKA POWYŻEJ 150 ZŁ
Napisz do nas: sklep@outofcomfortzone.pl

Out of comfort zone - blog

SKOPJE - TAK BIJE SERCE MACEDONII

Do Skopje dotarliśmy dość późno, mając za sobą kilka godzin jazdy znad Jeziora Ochrydzkiego. Od momentu, gdy wjechaliśmy na przedmieścia, zobaczyłem, że wjeżdżamy do miasta dużo większego niż się spodziewałem. Szerokie arterie, ciągnące się pasma budynków,  stare bloki. Moją uwagę zwróciły liczne meczety ze świecącymi w ciemności półksiężycami, symbolizujące muzułmańską duszę tej części Macedonii.

Nasz bus zatrzymywał się na kolejnych podmiejskich przystankach, a wysiadający ludzie przechodząc przez przydrożny trawnik znikali w ciemnościach blokowisk. Tak bardzo skojarzyło mi się to z Polską! Dwupasmowa jezdnia rozdzielona trawą, na niej lekko zardzewiałe już latarnie, a po jednej i drugiej stronie kilkupiętrowe bloki zwrócone prostopadle do drogi, oknami do siebie. Klasyczny obraz polskiego osiedla z trzepakiem między blokami. Pomyślałem wtedy: tyle kilometrów od domu, a jednak jakoś tak znajomo i blisko. Ilekroć jadę przez kraje dawnego bloku wschodniego, włączając w to byłe NRD, zawsze towarzyszy mi jakieś dziwne poczucie naszej kulturowo-szaroblokowej bliskości. Może ja też jestem sierotą po komunie, jak często nazywa siebie samego mój ojciec? Ciągle pamiętam tą dziurawą ulicę, spod której wystawał przedwojenny bruk. Widzę ten sypiący się tynk z kamienicy, w której mieszkaliśmy z rodzicami, a na obrzeżach miasta wracają do mnie wspomnienia dziwnie przerośniętych bloków, które nigdy nie budziły i nadal nie budzą mojej sympatii. 

Zacząłem rozglądać się intensywniej dookoła w poszukiwaniu dworca centralnego, na którym mieliśmy wysiąść w Skopje. To miejsce robiło raczej ponure wrażenie, choć nie odróżniało się specjalnie od tego, do czego przywykłem na polskich dworcach (przynajmniej do Euro 2012). 

Stamtąd ruszyliśmy na poszukiwanie noclegu. Przyłączyła się do nas Polka, która poleciła nam pobliski hostel. Okazał się całkiem w porządku i choć znajdował się w miejscu, które wyglądało na przedmieścia, to do centrum Skopje mieliśmy jakieś 15 minut pieszo. Spanie za 10 Euro wyglądało na dobrą opcję. Uświadomiłem sobie przy okazji, że wolę mimo wszystko małą jedynkę z tropikiem na nosie, niż czyjeś chrapanie w pokoju z piętrowymi łóżkami. 

Poszliśmy zobaczyć miasto. Wystarczy iść wzdłuż rzeki, która nawiguje do głównego placu. Po drodze ogromny drewniany statek w stylu pirackim, dziesiątki posągów stojących wzdłuż rzeki i w poprzek na mostach. To słynni artyści Macedonii, którzy zasłużyli się dla kraju. W Warszawie plany budowy kładki pieszo-rowerowej przez Wisłę nabierają takiego charakteru, jakby to miała być naprawdę budowa statku kosmicznego, a w Skopje mają takich kilka w promieniu kilkudziesięciu metrów. Dzięki temu nie ma się wrażenia, że rzeka dzieli miasto, przynajmniej na jej odcinku w centrum macedońskiej stolicy. 

Szliśmy oddając się temu, co przyniesie droga. Po jednej stronie rzeki długi modernistyczno-socjalistyczny szary budynek o charakterze pawilonów handlowych, a po drugiej stronie ogromne, efektownie oświetlone budynki rządowe, niektóre z kilkudziesięciometrowymi kolumnami. Takich rzeczy się już dziś nie buduje. Teraz wszystko musi się opłacać. Słuchałem kiedyś debaty w regionalnym wielkopolskim radiu o pomysłach na nowy dworzec w Koninie. Ścierały się tam wizje funkcjonalności i zysku, a dyskusja dotyczyła połączenia funkcji dworca z centrum handlowym. Ma ono prowadzić klientów przez swoje kuszące wystawy sklepowe na perony i dopiero tam z konsumentów mogą  stać się pasażerami. W Macedonii robią to jakoś inaczej. Budują rzeczy w stylu Haussmanna - człowieka, który w XIX wieku z polecenia Napoleona III stworzył obraz dzisiejszego Paryża czy Roberta Mosesa, który sto lat później chciał zmotoryzować Nowy Jork, wprowadzając do centrum całą sieć autostrad. 

Czułem jakby Skopje było jakąś próbą połączenia Aten, Rzymu, Paryża i Stambułu, ze swoją najstarszą i jednocześnie najbardziej wibrującą arabską dzielnicą. Jeden z przydrożnych sprzedawców nazwał ją wprost „Asian district”, tak jakby szukając najtrafniejszego określenia opisującego Wschód i islam w innym dla siebie języku. Dopiero tam poczuliśmy prawdziwą energię miasta. Tłum ludzi, klub za klubem, a w każdym muzyka głośniejsza niż w poprzednim. Zapach palonej sziszy, obraz młodych mężczyzn o arabskiej urodzie okupujących zewnętrzne stoliki, a na wąskich uliczkach grupy młodych kobiet w wydekoltowanych bluzkach i szpilkach, sprawiających wrażenie jakby wybrały się na łowy w poszukiwaniu swojego życiowego partnera.

Właśnie tam w sercu Skopje czułem, że dotykam czegoś nieznanego, jakiegoś pogranicza kultur, cywilizacji wręcz. Nie byłem w Stambule, ale tak właśnie sobie to miasto wyobrażam, jako multiplikację arabskiej dzielnicy Skopje. Do tego te kolumny, łuki triumfalne, pomniki, jeden chyba samego Aleksandra Macedońskiego, który swym rozmiarem robił przytłaczające wrażenie. Warszawski Zygmunt z Kolumny dosięgałby mu może do kolan. Bohater Macedończyków (i Greków) stoi tam, wielkim mieczem wskazując kierunek, w którym w oddali na otaczającym miasto łańcuchu gór, wyłania się majestatyczny krzyż. Jego światło próbuje przykryć te dziesiątki stojących u jego podnóża minaretów. To tu spotyka się chrześcijaństwo z islamem. W kraju, przykrytym niegdyś przez wieki wpływami Imperium Osmańskiego, który przez lata był częścią komunistycznej Jugosławii, tworzy się dziś swoją nową tożsamość, wykopując gdzieś z głębi starożytne mity. 

Miki

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów